28.VII-4.VIII.2001

Organizując pod koniec zeszłego roku pierwsze spotkanie miłośników jednośladów spod znaku DKW, jednocześnie nieśmiało nasunęła się myśl o czymś więcej, a mianowicie o wspólnych wyjazdach, może kameralnym, a monotematycznym (markowym) zlocie. Plany te wydawały się jednak na tyle mało realne do zrealizowania w najbliższej przyszłości, iż nikt nie myślał o nich zbytnio poważnie i zobowiązująco. Powodem tego nie była mała ilość maszyn tego producenta, ale raczej fakt, iż znaczna większość z istniejących w granicach naszego kraju egzemplarzy jest w trakcie remontu, lub też czeka w kolejce na takowy. Z kilkunastu zdolnych do jazdy jednośladów nadawałoby się jedynie kilka, aby móc wyruszyć w jakąkolwiek trasę.

Formuła zlotu jednak, pomimo, iż ma swoje niewątpliwe zalety, nie jest dla mnie aż tak atrakcyjna, jak przyjemności płynące z jazdy na długich trasach. To właśnie długie wyjazdy w bardzo okrojonym i doskonale dobranym gronie najbliższych znajomych są tym, co cieszy nie tylko mnie, ale również moją nieodłączną towarzyszkę: pięćsetkę SB, która nie lubuje się w ciągłych pokazach i powolnej jeździe w miejskich korkach. Długa, kręta trasa, z ciekawymi widokami są tym, co lubimy ponad wszystko.

Zamiłowanie do turystyki i mało popularna ostatnio wśród ogółu społeczeństwa chęć dogłębnego poznania kraju ojczystego zainspirowały mnie do zorganizowania imprezy objazdowej. Uwielbienie klimatów lat międzywojennych, ówczesnego, tak bardzo odmiennego od dzisiejszego, stylu bycia, a przede wszystkim zupełnie innego wizerunku motocyklisty, utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, iż brać w niej udział mogą wyłącznie motocykle zabytkowe pierwszego sortu, tak pod względem stanu technicznego, jak i stopnia oryginalności a na nich ludzie podzielający zamiłowanie do spokoju, odpoczynku i… kultury, w tym również osobistej.

Z nieukrywanym zadowoleniem przyjąłem więc akceptację planu zwiedzenia południowo-wschodniej części kraju przez wszystkich późniejszych uczestników. Ośmiodniowa impreza miała obejmować Góry Świętokrzyskie, Roztocze oraz Lubelszczyznę. Bazę noclegową, jak również pełne wyżywienie, miały zapewnić atrakcyjne pod wieloma względami gospodarstwa agroturystyczne regionu.

Praca organizacyjna zaczęła się już pod koniec maja, jej kulminacja przypadła jednak dopiero na połowę lipca. Wydawałoby się, iż kilkuosobowa zabawa nie wymaga zbytnich przygotowań. Otóż nic bardziej mylnego! Noclegi, dostosowane do rozkładu jazdy, odpowiadające jednocześnie wielu pobocznym kryteriom, należało dostosować do rozmieszczenia miejsc godnych zwiedzania. Dokładny opis trasy, w postaci itenerera, musiał uwzględniać wszelkie zmiany kierunku, tak, aby sprawnie przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi przystankami, dając jednocześnie pogląd na dystans, który, w przypadku zabytków nie może być zbyt duży. Kolejnym ważnym elementem był dobór wartych zobaczenia miejsc, jak również ich opis, aby z pełną świadomością oglądać kościoły, klasztory, rozróżniać zamki, pałace, style architektoniczne, zapoznać się z historią i specyfiką kultury poszczególnych regionów, żeby w pamięci pozostało coś więcej niż tylko fakt „zaliczenia” tej części kraju. Jeżeli wyjazd miał być formą wypoczynku, ilość atrakcji należało jednak dawkować, aby nie powstał z tego maraton.

Niestety prace czysto organizacyjne mocno ograniczyły możliwość przygotowania mojej maszyny, pozwalając jedynie na najbardziej potrzebne, acz na szczęście nieliczne ingerencje w ustrój motocykla, mające na celu zapewnienie mu jak największej żywotności. Trwały, jak to zwykle bywa, do ostatnich godzin przed wyjazdem, stawiając nieco znaków zapytania, co do szansy przemierzenia planowanego, niemałego zresztą, dystansu.

Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Szalejące burze, powodzie do ostatniej chwili poddawały w wątpliwość celowość jakiegokolwiek wyjazdu na południowy-wschód. Na szczęście sobotni poranek, 28.VII.br, przywitał nas fantastycznym słońcem. O umówionej porze silna grupa w postaci trzech dekawek: NZ-350, SB-500, NZ-500 i zabytkowego już garbuska, z pasjonatami przedwojennych produktów saksońskiego producenta na swoich grzbietach, wyruszyła z podwarszawskiej Góry Kalwarii trasą 731 w kierunku na Warkę. Po kilkunastu kilometrach czekała nas pierwsza atrakcja, którą było zwiedzanie browarów w niegdysiejszym grodzie mazowieckim o bardzo mocnych tradycjach warzelniczych, który w XVIII w. był miejscem urodzenia bohatera narodowego Kazimierza Puławskiego, by prawie dwa wieki później wydać na świat przywódcę powstania listopadowego 1930 roku: Piotra Wysockiego. Z przyjemnością towarzyszyliśmy napojowi chmielowemu w całej jego drodze, od półproduktów poprzez warzenie, do jednej z nowocześniejszych w kraju rozlewani. Faktycznie, cały proces produkcyjny robi wrażenie wysokim poziomem technicznym, szybkością, a jednocześnie niesamowitym porządkiem i czystością, które nie łatwo utrzymać w tak ogromnych zakładach. Oczywiście, skoro mówimy o całkowitej drodze złocistej zupy, nie należy zapominać również o jednym z ostatnich jej etapów, a mianowicie o konsumpcji. Tego punktu nie ominęliśmy również, choć nazwać to można jedynie degustacją, wszak albo rybki, albo akwarium: jazda, bądź napełnianie brzuszka napojem alkoholowym. Na pocieszenie jednak dostaliśmy „małe co nieco” na drogę. Z Warki delikatnie kręta droga wiodła nas wśród sadów owocowych w kierunku trasy E77 Warszawa-Radom. W słynącym niegdyś z garbarni Radomiu, w cieniu drzew miejskiego ryneczku zatrzymaliśmy się na śniadanko, dając jednocześnie wdzięcznym, również dźwięcznym (ach ten singielek!!!) dykteryjkom chwilę odpoczynku. Z Radomia coraz bardziej urzekającymi bocznymi drogami, wijącymi się wśród pól i lasów zmierzaliśmy do Wąchocka, w którym, oprócz sołtysa z nieśmiertelnych dowcipów, urzęduje w pięknym opactwie zakon Cystersów. Następnym punktem programu, zbliżającym nas z każdym obrotem koła do miejsca pierwszego noclegu był, leżący w sercu Gór Świętokrzyskich, Święty Krzyż z monstrualnym, założonym przez króla Bolesława Krzywoustego Opactwem Benedyktynów, zawierającym relikwie Świętego Krzyża. Pozostawiwszy pojazdy na parkingu, późnym popołudniem, wspięliśmy się na górę, na której wzniesiono, doświadczane bezlitośnie przez historię, budynki opactwa. Wrażenia, jakich dostarcza to miejsce są naprawdę przednie, obecność Łysej Góry, miejsca kultu i spotkań czarownic potęgują tylko niesamowitość i duchową potęgę tego miejsca. Stąd już prostą drogą trafiliśmy do Wojnowic koło Iwanisk, spokojnej wioski, która miała stanowić naszą bazę wypadową na najbliższych kilka dni. Kolacja w ogródkowej altanie ukraszona „zdobycznym” piwkiem była bardzo miłym akcentem kończącym pierwszy dzień jazdy. Motocykle trafiły pod gościnną strzechę stodoły, a cała siódemka uczestników pod ciepłe kołdry, by wypocząć przed następnym pełnym wrażeń dniem.

Niedziela, ku pełnej uciesze, obudziła nas prażącym słońcem. Tego dnia trasa wiodła bocznymi drogami: z Wojnowic przez bodzentyński zamek, Świętą Katarzynę, Kielce, jaskinię Raj, Chęciny i z powrotem do gościnnego gospodarstwa. W planach na ten dzień było ok. 170km i dużo zwiedzania. Kolację umówiliśmy na wczesny wieczór. Po kilku kilometrach jazdy z głównej trasy skręciliśmy w drogę boczną, która na mapie niczym nie różniła się od tych, jakie przemierzaliśmy do tej pory, tzn. puste, niezbyt szerokie i nieco dziurawe, ale zawsze pokryte nawierzchniami bitumicznymi. Z zadowoleniem przyjąłem widok świeżego asfaltu, który po kilkuset metrach zmienił się w drogę szutrową. Zaraz potem było odrobinę bruku, luźne kamienie, a za kilkoma zakrętami droga zaczęła się piąć pod górę a niewielkie kamienie zamieniły się ich większe odmiany, pomiędzy którymi hasał sobie strumyczek. Widok i wrażenia jak z tatrzańskich rajdów. Na szczęście najsłabsze ogniwo naszej wycieczki: w tym górskim krajobrazie najgorzej radził sobie chyba samochód, przetrwało i tę próbę, choć sprzęgło już od pierwszego dnia dawało się we znaki. Motocykle na szczęście przejechały bez najmniejszego problemu, jakby właśnie to było ich żywiołem. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się takich nawierzchni, a już strach było pomyśleć, co powiedzą na to ci, których wpakowałem w tę kabałę? Przecież zabytki powinno się szanować, pieścić, doglądać, a tu jazda górska, niemal wspinaczka, forsowanie strumyków, itp. Szykowałem się już na odpieranie ataków, a tu w pełni uśmiechnięte twarze kompanów wybawiły mnie na szczęście z tego problemu. W drodze do Bodzentyna zaczęły pokazywać się pierwsze oznaki szalejącej tu jeszcze powodzi: siano zwisało na nienaturalnej wysokości koron drzew, zarwane drogi, zniszczone mosty, mnóstwo naniesionego piachu, wezbrane strumyki i groźnym nurtem rwące rzeki. Po krótkim pobycie w Świętej Katarzynie pagórkowatymi drogami dotarliśmy do Kielc. Stamtąd, po kilkugodzinnym zwiedzaniu starówki i rezerwatu skalnego przemieściliśmy się do pełnej form naciekowych (stalaktytów, stalagmitów) jaskini Raj. Podania mówią, że szczęście będzie miał ten, na którego spadną ze skalnego stropu krople wody. (Nas raczej nie omijało!) Jako ostatni tego dnia, swój urok miał na nas rzucić zamek królewski w Chęcinach. Niestety już tu okazało się, iż jest dość późno, a dzielący od miejsca zamieszkania dystans tak duży, że nie mamy szans na wczesny powrót. Podczas drogi powrotnej powódź zmusiła nas do istotnych zmian trasy. Planowane kilkadziesiąt kilometrów ze względu na nieprzejezdne drogi i liczne objazdy rozrosło się do rozmiarów o wiele większych, tak, iż do domu wróciliśmy nie dość, że tuż przed północą, to jeszcze w strugach ulewnego deszczu. Łatwiej to zrozumieć, gdy wyobrazi się sobie słabiutkie światła ponad sześćdziesięcioletnich motocykli i naprawdę ulewny deszcz. Głodni, zmęczeni, całkiem mokrzy, ale szczęśliwi osiągnęliśmy cel podróży. Po bardzo późnej obiado-kolacji poszliśmy spać. Nauczka, jaką dostałem tego dnia, to zawsze, nawet jak nic nie wskazuje deszczu, zabierać ze sobą kombinezon przeciwdeszczowy.

Poniedziałek rozpoczął się od suszenia ubrań i, co oczywiste, czyszczenia i nabłyszczania motocykli. Z powodu niedzielnych doznań trzeba było nieco skrócić zaplanowaną na poniedziałek trasę. Pobieżnie zwiedziliśmy jedno z najstarszych miast Polski: Opatów, odkładając przyjemność zejścia do zabytkowych lochów na wtorek. Krótka wizyta w Ćmielowie, miejscu słynącym z produkcji porcelany, w którym istnieją również podtopione ruiny szesnastowiecznego zamku Szydłowieckich. Nieopodal Ćmielowa, w Podgrodziu, nikłe, położone na wzniesieniu ruiny zamku rycerskiego z XIV w. dały nam miejsce na drugie śniadanie. Po odpoczynku i tankowaniu (benzyny!) udaliśmy się do bardzo ciekawego Klimontowa, niegdyś prywatnego miasta Ossolińskich, w którym na szczególną uwagę zasługuje barokowa Kolegiata o eliptycznej fasadzie, porównywana, jako całość, do bazyliki św. Piotra w Rzymie, oraz podominikański klasztor. Niestety i w tym miasteczku powódź dawała o sobie znać. Worki z piaskiem i stróżki wody przypominały o ogromnej sile żywiołu. Ze względu na problemy z hamulcami w 350-tce stąd skierowaliśmy się prosto do domu, zahaczając jeszcze o Konary, w których niestety nie udało się nam znaleźć ruin zamku, i przejeżdżając koło zamku w Ujeździe, który miał pozostać na deser dnia następnego. Po kolacji mały serwis z wykorzystaniem warsztatu gospodarzy i do poduchy…

Wtorek, ostatni dzień w Górach Świętokrzyskich zaczęliśmy od zwiedzania lochów w Opatowie i oczywiście, tak jak poprzednio znowu ze względu na pojazdy byliśmy w centrum zainteresowania. Po krótkiej wizycie u miejscowego miłośnika motocykli zabytkowych (i obowiązkowych zakupach!), przez Staszów przejechaliśmy do Kurozwęk. Miejscem kolejnego śniadania był tym razem zespół pałacowo-parkowy od pokoleń należący do rodziny Popielów. Zbudowany w drugiej połowie XIV w. przez Kurozwęckich zamek rycerski, po wielu przebudowach zmieniających się właścicieli określany jest aktualnie mianem pałacu. Jest on obecnie w fazie remontu, niemniej odrestaurowana fasada, oraz mniejsze budynki znajdujące się w parku robią wrażenie i dają pogląd na dawną świetność obiektu. Następnym etapem miał być pozostawiony na deser zamek Krzyżtopór. W poszukiwaniu jednak stacji benzynowej, i omijaniu wszelkich objazdów musieliśmy nadrobić wiele kilometrów. Ostatecznie, jadąc malowniczą drogą, porośniętą z obu stron drzewami, spośród pól naszym oczom ukazały się ruiny potężnego zamku w Ujeździe, bardzo okazałej rezydencji Ossolińskich. Zamek ten budowano w XVII w. z niesamowitym rozmachem, przepychem. Świadczyć o tym miała nie tylko jego wielkość, ale również swoista mania wielkości. Otóż, jak mówią legendy, zamek miał tyle okien, co dni w roku (ok.365), tyle pokoi, co tygodni, tyle sal, co miesięcy. Do tego jeszcze cztery wieże, symbolizujące pory roku, akwarium z morskimi rybami. Aby tego było mało w stajniach były marmurowe żłoby i lustra! Historia nie była jednak zbytnio łaskawa dla tego zamku i, jak się okazuje, najbardziej zbawiennym dla właścicieli elementem były podziemne tunele łączące okoliczne zamki. To właśnie nimi uciekali przed Szwedami Ossolińscy do oddalonego o kilkanaście kilometrów innego zamku w Ossolinie. Ruiny zamku Krzyżtopór zachowały się w miarę niezłym stanie i pozwalają wyobrazić sobie lata jego dawnej świetności. Jest niewątpliwie miejscem, dla którego warto przyjechać nawet z najdalszych zakątków kraju.

Następująca po wtorku środa oznaczała nie tylko zwiedzanie kolejnych ciekawych zabytków, ale również długą trasę w kierunku Zamościa, Roztocza. Tak bardzo miłe góry Świętokrzyskie pozostawały już za nami. Pierwszych kilka godzin zajęły nam dojazd oraz zwiedzanie potężnego i liczącego się przed wiekami Sandomierza. W tym samym miejscu w epoce kamiennej istniała, jak wynika z badań archeologów, osada ludzka, dopiero później, bo w X w. powstało miasto noszące dzisiejszą nazwę. Sandomierz jest niewątpliwie jednym z tych miast Polski, które dzięki bogatej przeszłości, licznym zabytkom jest ciekawym obiektem zwiedzania nawet dla abnegatów sztuki, historii, architektury. Jednym z ciekawszych miejsc jest tu katedra gotycka z 1360 r z wystrojem barokowym, w której uwagę przykuwa cykl obrazów „Martyrologium Romanum” o dość nietypowej dla kościołów tematyce, ukazującej krwawą zagładę kleru na przestrzeni dziejów. Tego typu obrazy miały podobno umacniać wiarę, ale czy przypadkiem nie miały na wiernych wręcz przeciwnego wpływu? Z Sandomierza, przez Tarnobrzeg skierowaliśmy maszyny do Baranowa Sandomierskiego, w którym znajduje się późnorenesansowy zamek, uważany za perłę polskiej architektury tego okresu. Zamek ten został zbudowany przez braci Leszczyńskich na przełomie XVI i XVII wieku. Wzorcem, który miał naśladować był zamek królewski na Wawelu, w związku z tym nierzadko nazywa się go „małym Wawelem”. Jadąc do Krasnobrodu, kolejnego miejsca wypadowego, zatrzymaliśmy się na popas w słynącym z sit i wyrobów z włosia Biłgoraju. Ku naszemu niemiłemu zdziwieniu miasteczko to witało nas grupami szaleńców, które dobrymi samochodami i motocyklami, często bez numerów rejestracyjnych, ścigającymi się dookoła parku „Solidarności”. Mało miły nastrój tej miejscowości szybko pchnął nas w dalszą drogę, pozostawiając jednoznaczne, a negatywne skojarzenia. Szkoda.

Z bazy w Krasnobrodzie, w czwartkowy poranek ruszyliśmy na polskie cudo renesansu: Zamość. Szczerze mówiąc, miasto nie robi aż takiego wrażenia, ale wcale nie jest wykluczone, iż zwiedzając tyle ciekawych i nad wyraz pięknych miejsc, moje wymagania, co do wyglądu i układu osad ludzkich znacznie się zaostrzyły. Warto odnotować jednak, iż na długo szukanym parkingu strzeżonym zostaliśmy bardzo mile przywitani i takoż potraktowani, czego wyrazem był darmowy postój wszystkich czterech pojazdów. Najwyraźniej obsłudze parkingu podobała się grupa na wiekowych maszynach, ale również założenia, jakie przyświecały temu rajdowi. Były nimi: promocja motocyklizmu, taki, jakim był pojmowany przed wojną, oraz odpowiednie zachowanie samych motocyklistów, ukazujące ich odmienność od panujących stereotypów. Z Zamościa, przez Szczebrzeszyn i Zwierzyniec wróciliśmy ponownie do Roztoczańskiego Parku Narodowego. Tutaj na leśnym parkingu, tuż koło jeziorka, kontemplując przedobiednią przekąskę, zawarliśmy, wykorzystując szkolną znajomość języków obcych, znajomość z polskim Francuzem, miłośnikiem pojazdów zabytkowych. Zaowocowało to zaproszeniem nas, wraz z pojazdami, na południe Francji. Czyż to nie miłe, spotkać takiego człowieka w środku lasu?

Wielkimi krokami zbliżał się finał wycieczki. W piątek powoli zaczęliśmy kierować się na północ. Z podzamojskiego Krasnobrodu ruszyliśmy do Lublina z międzylądowaniem przy roztoczańskim zabytkowym młynie, który stanowił tło dla sesji zdjęciowej w „stylu epoki” i skansenie Guciów, w którym z wielką przyjemnością gremialnie wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej. Lublin pozwolił nam na kilkugodzinny oddech po dość długiej jeździe. Przytulne, miejscami dzikie stare miasto chłodem swoich murów łagodziło trudy niezmąconych chmurami upałów. Pomiędzy tym pięknym miastem a Nałęczowem czekał nas ostatni już nocleg, który swoim przepychem i wspaniałym jedzeniem był całkowitym przeciwieństwem tego, co zastaliśmy w Krasnobrodzie. Tu zaczęło wychodzić ze mnie zmęczenie, kumulujące się przez ostatnie miesiące. Korzystając z okazji przytulnego pokoiku, spokojny o słodki sen dykteryjki, zasnąłem tonąc w czeluściach łóżka.

Ósmy dzień wyprawy, był ostatnim. Na „pierwszy ogień” poszedł Nałęczów, ze swoimi ogrodami i leczniczymi źródłami. W obawie przed deszczem uciekliśmy jednak stąd, (po nabraniu sił witalnych oczywiście), do niedalekiego Kazimierza Dolnego, gdzie po odwiedzeniu starych, dobrze znanych zakamarków, zasiedliśmy jedząc wykwintnie podane, smakowite naleśniki. Był to jednocześnie ostatni kulturalny punkt, jaki miał na dłużej zatrzymywać nasze stalowe rumaki. Przez Puławy i dalej prawą stroną Wisły, przyjemną nadrzeczną krajową osiemsetjedynką zbliżaliśmy się do stolicy. Muszę przyznać, iż jadąc podczas całego wyjazdu jako ostatni w szyku, cały czas słyszałem tylko pracę silnika 350-tki. Gangu własnego silnika, który był znacznie bliżej przez siedem dni musiałem się jeno domyślać. Teraz, w ósmym dniu, przyzwyczajenie pozwoliło cieszyć się również przyjemnym, rytmicznym pomrukiem tej smukłej a chyżej pięćsetki. Na ostatnim postoju przed Warszawą jedna z niewielu nowych części w moim silniku pokazała zdecydowaną wyższość elementów oryginalnych, których ząb czasu nie jest w stanie skruszyć. Zblokowała się zapadka kopniaka. Nie stanowiło to jednak zbytniego problemu, ponieważ SB-500, jako rzędowa dwójka, świetnie odpala nawet na pych. Jest to nieco uciążliwe, niemniej nie powoduje nadmiernego stresu, a co najważniejsze, nie jest znaczącą usterką. Oficjalne zakończenie I Trampu Motocykli DKW nastąpiło kilkadziesiąt kilometrów dalej, w Piotrowicach, leżących po przeciwnej stronie Wisły niż Góra Kalwaria, z której startowaliśmy przeszło tydzień wcześniej.

Pierwsza impreza tego typu, choć jeszcze bardzo kameralna, pokazała, iż stare pojazdy są w stanie przejechać sporą trasę, bez dokonywania poważnych napraw. Podczas prawie 1,5tys. kilometrów, jakie przebyliśmy w osiem wakacyjnych, upalnych dni, żaden z kierowców nie miał powodów do większych narzekań. Oczywistym jest, iż właśnie przy dużych dziennych przebiegach maszyna ma prawo zasygnalizować swoje niezadowolenie, względnie zmęczenie. Dopiero w ekstremalnych warunkach ujawniają się problemy nie występujące przy krótkiej jeździe spacerowej bez obciążenia. Nasze pojazdy po raz kolejny pokazały, iż są nie tylko całkowicie niezawodnymi konstrukcjami, ale również, że ich obecny stan techniczny, oraz przygotowanie nie pozostawiają wiele do życzenia.

Na zakończenie chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, którzy z pełnym entuzjazmem wzięli udział w rajdzie, swoją obecnością i uśmiechem sprawili, iż spędzony czas wart jest nie tylko wspomnień, ale również kontynuacji, potwierdzając jednocześnie celowość tego typu imprezy. Szczególne podziękowania należą się Mirkowi za pomoc, bez której nie miałbym szans w tak krótkim terminie sfinalizować wyjazdu, oraz za pomysł oraz produkcję naklejek i koszulek.

I Tramp Motocykli DKW, Polska 2001 był pierwszą z planowanych cyklicznych imprez, które oprócz czerpania przyjemności z obcowania z zabytkowymi motocyklami, mają promować pozytywny wizerunek motocyklisty i niejako powracać do symboliki lat pierwszej połowy XX w., lat o wiele spokojniejszych i wydawałoby się bliższych naturze ludzkiej. Kolejne imprezy odbywać się będą co roku, za każdym razem w innej części kraju. Zapraszane będą na nie motocykle zabytkowe o wysokim stopniu oryginalności, które swoim stanem technicznym nie ustępują najlepszym wzorcom. W trakcie przygotowania jest już przyszłoroczny rajd, który swoim zasięgiem obejmie pomorze zachodnie, a chęć udziału w nim zgłosiło już, oprócz tegorocznych uczestników, kilka kolejnych załóg.

Tekst: Tomasz Tomaszewski

Zdjęcia: tomasztomaszewski-motorcycles.pl

Publikacja: Świat Motocykli