Po przeszło półtora tysiąca kilometrów wykonanych przez minione dni, ostatni odcinek należał już bezwarunkowo do przyjemności. Zapowiadająca deszcz, przyjemnie zimniejsza od dotychczasowej aura, dawała odpoczynek, jakiego nie można zaznać przebywając w nieprzerwanym upale. Nieznaczna zmiana pogody miała też inny pozytywny oddźwięk: czuć było, iż rytmicznie mruczący silnik nie pracował z wysiłkiem. Panujący chłód pozwalał na ożywienie maszyny, która dawno nie miała możliwości na szybszą jazdę. Temperatura wpływała na to, iż przeszło sześćdziesięcioletni motocykl z werwą, niezmienną siłą, dostojnie, ale jednak szybko, z młodzieńczym zapałem wpisywał się w niezliczone zakręty wąskiej, mało uczęszczanej drogi. Szybkiej jazdy nie ograniczało nawet obciążenia motocykla podróżnym workiem, który przytroczony do bagażnika zwieszał się ociężale po obu stronach.

Droga wiodła przez niezmierzone, nawet pomimo zastraszającego postępu cywilizacji, dzikie lasy; zaorane po niedawnych żniwach pola, pokazujące gdzieniegdzie ciemną zieleń kartoflowiska; nieliczne mijane wioski, o prostych w kształcie, zachwycających oko zabudowaniach, które wtapiając się w pejzaż, wydawały się istnieć tu zawsze, bez których piękno dzikości, prostoty, apoteozy wolności i obcowania z naturą nie miałoby takiego charakteru, jaki przywykliśmy postrzegać.

Chłód panujący w lesie przenikał przez ciężkie skórzane ubranie. Zimnym strumieniem omiatał twarz. Nadciągające ciemnopurpurowe chmury zwiastowały nadejście deszczu. W powietrzu czuć było wilgoć. Niezwykle silny zapach lasu: żywicy, grzybów, mokrego drewna, od czasu do czasu pojawiającego się od strony morza podmuchu wiatru mieszały się z wątłą wonią rozgrzanego jeszcze asfaltu, ulatującym w nieznane ciepłem silnika.

Kręta droga o gładkiej powierzchni asfaltu zdawała się przecinać pola, odgradzając plony swą wstęgą. Chowała się pomiędzy drzewami gęstego lasu, kusząc jadącego człowieka do zanurzenia się w wąskim tunelu. Pomimo wysokiej prędkości silnik spokojnie mruczał, jakby ciesząc się z uroku krajobrazu rozmawiał z kierowcą, opowiadając mu swoje wrażenia. Pokonując wzniesienia wyższymi obrotami dawał znać, że to, co robi nie jest wysiłkiem, ale przyjemnością, jaką dostarcza właścicielowi, który wprawną ręką prowadzi pojazd. Ale prowadzi nie zwyczajnie, mechanicznie i beznamiętnie, ale z największą delikatnością i czułością, jaka należy się nie tyle wiekowemu pojazdowi, co wiernej, cichej, spokojnie delikatnej i czułej kochance, którą należy szanować i chwalić. Opiekować się i czcić. Para kierowca i motocykl wydawała się tworzyć jedność, która nie tylko wspólnie przemierza długi dystans, proste, tunele przyjemnie ciemnych i chłodnych lasów, zakręty, ale która razem wychyla się w przechyle wiraży, wspólnie zmaga się z nierównościami drogi, zmęczeniem i warunkami atmosfery, czy wreszcie odpoczywa pod parasolem liści rytmicznie falującego na wietrze drzewa. Związek niezrozumiały, nie mający nic a nic ze znamion związków międzyludzkich, zakrawający jednak o granice wzajemnego porozumienia, zaufania i szacunku. Trwały, choć logicznie niezrozumiały.

Koła podskakując nieznacznie toczyły się po wyblakło-szarej wstędze asfaltu. Kierowane spokojnie, ale stanowczo wybierały najlepszy tor jazdy, omijały nierówności, powstałe w czasie odległych już mrozów dziury, nawiewany przez wiatr piasek, leżące na drodze gałęzie. Przemykały obok licznie gromadzących się na jezdni owadów, cierpliwie pracujących żuczków czy też różowych gąsienic, majestatycznie wyginających swoje drobne zezwłoki. Na widok huczącego samojazdu podrywały się do lotu ptaki, polne myszy chowały się w trawach pobocza, by po chwili powrócić na nagrzaną przez słońce drogę. Nieliczne króliki stawały zaciekawione widokiem samotnego pielgrzyma. Pasące się na polach majestatyczne krowy i zgrabnie poruszające się konie odwracały głowy nastawiając uszy. Szerzej otwierają ciemnobrązowe, ciekawe, ciepłe i mądre oczy, by możliwe najlepiej poznać przybysza, który na chwilę pojawia się w ich monotonnym gryzieniu trawy.

Za zakrętem drogi wybiegającej w tym miejscu z lasu ukazała się wioska. Deszczowe chmury zniknęły całkowicie pozostając daleko nad lasem. Głuchym dźwiękiem koła dawały znać o brukowanej kostce, na jaką zamieniła się w tym miejscu droga. Szare, wypłukane deszczem kamienie prowadziły motocyklistę. Pofalowane łagodnie zakręty wydawały się powstrzymywać pielgrzymów, chcąc pokazać zakamarki miejscowości, jej tajemnice. Zapraszając przyjezdnych do zatrzymania się tu na dłużej furgot współpracujących z podłożem kół oznajmiał mieszkańcom o nieznanym gościu. Spokojny obraz wsi, zamyślonych budynków, wiekowych sosen rzadko rosnących wzdłuż drogi, zmęczonych pracą ludzi chowających się za płotami zagród, stłumionego sierpniowego ciepła zaczynał się i kończył wraz z brukiem. Na każdym jego końcu, wyznaczającym obszar ludzkiego skupiska, czekał z dobrym słowem przydrożny krzyż.

Tuż za wioską skończyła się wstęga bruku, ustał monotonny stukot kół toczących się po nierówno poukładanych kamieniach. Kierowca popatrzył jeszcze na zmurszały krzyż, prosty ale prześlicznie komponujący się z wysokimi kępami wysuszonej trawy. Powoli dodał gazu słuchając jak silnik wchodzi na coraz wyższe obroty, od niskiego tubalnego dźwięku do coraz wyższych tonów. Nie przemęczając silnika zmienił bieg na wyższy, odkręcił ponownie manetkę gazu i, ściskając nogami zbiornik paliwa, złożył się w prawym zakręcie. Tuż za łukiem ukazała się nieokiełznana przestrzeń drogi wiodącej wśród pofalowanych nieznacznie pól uprawnych, poustawianych to tu, to tam kępek drzew, malutkich z takiej perspektywy domostw czy wreszcie ciemnozielonego lasu.

Było pusto. Popołudniowy chłodek oznajmiał bliski koniec dnia. W płytkich dolinach horyzontu pojawiać się zaczęły zwiastuny wieczornej mgły. Owady wyraźniej niż dotychczas odbijały się od pędzącego pojazdu. Kierowca jeszcze mocniej usadowił się w siedzeniu, pewniej chwycił kierownicę, nieco pochylił się do przodu, by, zmniejszając powierzchnię oporu, ulżyć pojazdowi, i płynnie, niemniej zdecydowanie, dodał gazu. Dobywający się z dołu pomruk silnika zmienił nieco barwę, pojazd posłusznie zwiększył prędkość, jakby czując zmęczenie, sam chciał szybciej osiągnąć cel podróży. Miękko basowy dźwięk dochodzący z dwu potężnych tłumików rozkładał się równomiernie na polach. Po chwili słychać było z daleka jedynie cichą rytmiczną pracę silnika, która, jak bzyczenie odlatującej daleko muchy, cichła. Chłód ogarniał świat. Jedynie goniący do celu kierowca ze swoim motocyklem stanowili źródło życia, ciepłego światła reflektorów i unoszącego się nad ciepłem drogi ulotnego zapachu spalin. Zbliżał się wieczór.

 

Ciemny tunel lasu rozjaśnił się nieznacznie. Skłaniające do melancholii (ciepłe) światło obwieszczało bliski koniec lasu, tuż za którym znajdował się parking dla zmęczonych podróżnych.

 

Tomasz Tomaszewski

Warszawa 23.III.2003